Moje krótkie wakacje. Z Berlina na Sycylię

Wakacje rozpocząłem w Berlinie. Z tego miasta wyruszyliśmy samolotem na Sycylię. Przed wylotem był jeszcze dzień na berlińskie lenistwo, czyli “pałętanie się” po mieście. Pewnie domyślacie się, o co mi chodzi – tu kawa, tam lody, potem obiad u Hindusa. A piękna pogoda wspomagała to wszystko.

Trasa piesza, od placu Savigny do placu Winterfeldt, prowadziła prosto przez Ku’damm. A tam niespodzianka. W miejscu, gdzie jakiś czas temu mieścił się Nike Town, “dzikie” tłumy wchodziły i wychodziły do jakiegoś nowego sklepu. Ciekawość zwyciężyła i obejrzałem ten obiekt pożądania. Okazało się, że to sklep UNIQLO. Fajna koncepcja w stylu H&M, (może bardziej uporządkowana), ale to nie utkwiło tak bardzo w mojej pamięci.

To, co mnie zauroczyło, to pomysł na obsługę. Obsługujących było dużo, prawie wszyscy ubrani byli w białe koszulki z logiem firmy, ale co najważniejsze większość z tych młodych sprzedawców (20-25) bardzo słabo mówiła po niemiecku. To byli Azjaci, Arabowie ale też Europejczycy, którzy pomagali z wielką chęcią i uśmiechem na twarzy. Ta ich przyjazność była widocznie ważniejsza w doborze zespołu niż umiejętność komunikacji w obowiązującym języku. Mi się podobało, bo im się chciało, a wszystko inne, jeśli się tylko chce, da się rozwiązać.

Następnego dnia przelot na Sycylię. Mieszkaliśmy w Syracussie. Fajne okolice – szczególnie polecam miejscowość Ortiga. To małe miasteczko, dobre na dwa dni miłego zwiedzania. (Gorąco polecam zjedzenie kolacji, w którejś  z lokalnych restauracji). Po dwóch dniach maluchy już miały dość starówki, więc TUI Cars i pojechaliśmy na plażę.

Niedaleko, bo już po ok. 10 km, są fajne plaże w Arenelli – można tam zaznać trochę kąpieli słonecznych, a przy gorszej pogodzie bardzo polecam Etnaland. Byłem tylko w tej części lunaparkowej i bardzo ona mi się podobała. Jakość sprzętu, czystość w parku, dopieszczenie szczegółów naprawdę robi wrażenie. Dobremu wrażeniu sprzyjał oczywiście też fakt, że w parku było bardzo mało klientów.

Drugim argumentem “za” była ponownie obsługa. Tym razem mówiąca w lokalnym języku, za to ja “ani be ani me”, ale również bardzo przyjazna. Obsługujący z uśmiechem na twarzy i w miły sposób zapraszali do skorzystania z usług. Trzymali się oni obowiązujących procedur, w końcu te wszystkie „karuzele” są przy niewłaściwym stosowaniu niebezpieczne. Tam jednak, gdzie żadnego zagrożenia nie było, szli klientom na rękę (np. jeśli oprócz nas nie było ani jednego chętnego na karuzelę, to nie trzeba było przechodzić przez długie „korytarze” do bramek, tylko bezpośrednio wejść do karuzeli).

Fajne 6 dni szybko dobiegło końca, no i zaczynam nowy tydzień, ale taki ulgowy, przed nami majówka, tak więc życzę wszystkim udanego przedłużonego weekendu.

(Główna fotografia – Wikimedia)